Czy powinnam się przedstawić? ujawnić? czy ktoś tu zajrzy? Czy ktoś zechce poznać skrawki mojego życia? Tego nie wiem. Blogów o przysłowiowym smęceniu jest sto i jeden. Każdy myśli, że zawojuje świat kiedy zamknie się w czterech ścianach i opisze wszystko na blogu. Klasyka gatunku. Dlaczego tu jestem? Czasem nie wiem. Początki są zawsze mega trud we wszystkich dziedzinach. Juz samo nasze przyjście na świat niesie ze sobą szereg niepowodzeń przeplatanych wspaniałymi chwilami.
Dziecko:
dzieckiem byłam bardzo szczęśliwym, mała wieś. Rodzice mało zamożni. Jedynaczka. Jako dziecko kochałam lato, zapach koszonego siana i zboża przyprawiał mnie o uśmiech. Wakacje wspominam najlepiej. Wokół mnie dużo umorusanych dzieci, podrapane kolana, niedojedzony obiad czy zrywanie się o szóstej rano by pooglądać telewizję. Czy tak niewiele trzeba dziecku do szczęścia? Raczej nie. Po co dorosłam?
Dorastanie:
Jak zawsze tu pojawiają się schody. problemy w szkole, problemy w domu, problemy z koleżeństwem. Wszystko tu wystawiane jest na wielka próbę. W szkole nigdy nie miałam łatwo. Matka nauczycielka - to powinno tłumaczyć wszystko. Nauczyciele znają się jak łyse konie. Wymagała dużo. Tata też- bo wstyd dziecko nauczycielki nie uczy się za dobrze. A uczyć zwyczajnie mi się nie chciało. Generalnie byłam grzecznym dzieckiem. Kłopotów nie sprawiałam ale zdarzyło mi się parę wpadek. Presja czai się wszędzie. Moje koleżanki ścigały się w uczeniu. Gorsza nie będę. Presja. Im bardziej chcę tym bardziej mam więcej pał w dzienniku. O połowie nie mówiłam. Nie opłacało mi się to zbytnio. Zanim zdążyłam dotrzeć do domu matka już wiedziała.
Na wywiadówki w gimbie zawsze chodził tata. Matka wolała nie świecić oczami. Tata zazwyczaj o połowie ocen nie wspominał. Odbywaliśmy pouczającą gadkę i rozchodziło się po kościach.
Do liceum dostałam się bez trudu. Do tego co chciałam i do tego co chcieli rodzice. Zdecydowali co było dla mnie rozpoczęciem nowego etapu w życiu , że wyprowadzę się na stancję. To był dobry krok. Nauczyło mnie to dużo rzeczy. Potrafię gotować, prać, prasować. Nie każda to umie. Stancja. Dwadzieścia dwa pieprzone dni wytrzymałam na pierwszej stancji. Matka wsadziła mnie do starej prukwy u której mieszkał syn jej koleżanki. Kujon. Mieszkałam ze znajomą (lepszym sortem) córka leśniczego. Miałyśmy pokój przechodni. Babka przechodziła przez nasz pokój. Uczenie w warunkach nienaturalnych w wygłośnionym na maxa telewizorem z Modą na Sukces. Pies a właściwie suka o suczym zachowywaniu obsikiwała nam pościel. Dwadzieścia dwa pieprzone dni. Już wtedy wiedziałam, że mam beznadziejnie strachliwy charakter. Dostosowuję się do otoczenia. Często płaczę. Dwadzieścia dwa pieprzone dni pieprzonego września.
Nie pamiętam już za co konkretnie się wyprowadziłyśmy bo wyprowadziłyśmy się obie. Ogon dalej był za mną. Na kolejnej stancji zostałam do końca. Pokój miałyśmy w choinkę ciasny, wymieniałyśmy się na łóżka, chociaż jedno coś to był chyba większy rozkładany fotel. Właścicielka Pani "X" gruba beka z aspiracjami. Dwie przygłupie córki w Stolycy....grzebała nam w rzeczach nawet w majtkach. Podjadała nasz prowiant. Czasami wyjeżdżała co dawało nam większą swobodę. Połowy klasy z Liceum nie pamiętam. W sumie może i dobrze. Nie byliśmy zgrani. A Ci co wydawali się zgrani najbardziej odeszli w zapomnienie.
Na dziś tyle mnie, o mnie. Nie zanudzam? Rozkręcę się. Obiecuję.
Wasza Musz.




zapowiada się niezły kawał zycia. Powodzenia
OdpowiedzUsuńPisanie to nie tylko zamknięcie się w 4 kątach ścian, choć często w takich okolicznościach nam to pomaga :) Pisanie to pasja, jednocześnie utożsamianie się z blogiem. Tu nie chodzi o smęty, problemy.. tu chodzi o doświadczenie z życia! Liczę, że to będzie dobry blog! :)
OdpowiedzUsuń